Wiecznotrwa�e rytua�y �ycia tryskaj� nieprzerwanie, ludzie pij� ci�gle ze �r�d�a nadziei, a deszcze bez rynien niecz�sto padaj� mi�dzy nimi: oto dzisiejsze podsumowanie mej �yciowej m�dro�ci, dojrza�e w atmosferze tw�rczego podniecenia. Random odpowiedzia� mi skinieniem g�owy i jak�� przyjazn� spro�no�ci�.
      Byli�my w bibliotece. Usiad�em na brzegu wielkiego biurka, Random zaj�� krzes�o po mojej prawej r�ce. Gerard sta� na drugim ko�cu pokoju, studiuj�c zawieszone na �cianie okazy broni. A mo�e przygl�da� si� rze�bie jednoro�ca autorstwa Reina? W ka�dym razie, on tak�e ignorowa� Juliana, rozwalonego w fotelu obok szaf z ksi��kami, na samym �rodku. Wyci�gn�� skrzy�owane w kostkach nogi i gapi� si� na swe wysokie buty.
      Fiona - jakie� metr sze��dziesi�t wzrostu - wpatrywa�a si� swymi zielonymi oczyma w b��kitne oczy Flory, gdy rozmawia�y stoj�c przy kominku. Jej w�osy wynagradza�y brak ognia i �arz�cych si� g�owni. Jak zawsze, przypomina�a mi dzie�o, od kt�rego na moment odst�pi� artysta i od�o�ywszy narz�dzia my�li o pytaniach, formuj�cych si� z wolna za zas�on� u�miechu. To miejsce u podstawy szyi, gdzie jego palec wy��obi� ko�� obojczyka, zawsze przyci�ga�o m�j wzrok, jako znak mistrza i tw�rcy. Zw�aszcza kiedy podnosi�a g�ow�, tajemniczo lub w�adczo, by spojrze� na nas, wysokich.
      U�miechn�a si� delikatnie, z pewno�ci� �wiadoma mego spojrzenia - ta jej zdolno�� graniczy�a z jasnowidzeniem, i cho� wiedzia�em o niej, nigdy nie przestawa�a mnie niepokoi�.
      Llewella sta�a w k�cie udaj�c, �e czyta. Odwr�ci�a si� do nas plecami, a jej zielone loki zawija�y si� o kilka centymetr�w powy�ej ciemnego ko�nierza. Nie wiem, czy to wyobcowanie wynika�o z nastroju, nie�mia�o�ci czy po prostu braku zaufania. Prawdopodobnie ze wszystkiego po trochu. Jej obecno�� w Amberze by�a wyj�tkowym zdarzeniem.
      I w�a�nie fakt, �e tworzyli�my raczej zbi�r indywidu�w ni� zesp�, rodzin�, w�a�nie wtedy, gdy chcia�em osi�gn�� jak�� wsp�ln� �wiadomo��, jak�� wol� wsp�pracy, wywo�a� moj� uwag� i odpowied� Randoma.
      Wyczu�em znajom� obecno��, us�ysza�em "Witaj, Corwinie" i oto sta�a przede mn� Deirdre, wyci�gaj�c ku mnie r�k�. Chwyci�em jej d�o� i unios�em. Post�pi�a o krok, jakby zaczynaj�c jaki� powolny taniec. Zbli�y�a si�. Na moment zakratowane okno obramowa�o jej g�ow� i ramiona, a wspania�y gobelin ukaza� si� na �cianie po lewej stronie. Zaplanowa�a to, naturalnie, i odpowiednio ustawi�a. Mimo to, uzyska�a po��dany efekt. Trzyma�a w palcach m�j Atut. U�miechn�a si�.
      Pozostali spojrzeli w nasz� stron�, kiedy si� pojawi�a, a ona odwr�ci�a si� wolno i trafi�a ich swym u�miechem, niby Mona Lisa z pistoletem maszynowym.
      - Witaj, Corwinie. - Musn�a wargami m�j policzek i cofn�a si�. - Chyba przyby�am za wcze�nie.
      - Nigdy - odpar�em, ogl�daj�c si� na Randoma.
      Wsta� w�a�nie, przewiduj�c, o co poprosz�.
      - Pozwolisz, siostro, �e przygotuj� ci co� do picia - zaproponowa�, bior�c j� pod rami�. Ruchem g�owy wskaza� barek.
      - Z przyjemno�ci�. Dzi�kuj�.
      Odprowadzi� j� na bok i nala� wina, za�egnuj�c, a w ka�dym razie odsuwaj�c na pewien czas tradycyjne starcie z Flor�. Przynajmniej, pomy�la�em, wi�kszo�� dawnych animozji trwa nadal tak, jak je zapami�ta�em. Cho� wi�c straci�em na chwil� towarzystwo Deirdre, to jednak wyczu�em wzrost wska�nika domowego spokoju, co by�o dla mnie do�� istotne. Random potrafi sobie poradzi�, gdy tylko mu na tym zale�y.
      Zab�bni�em palcami po biurku, roztar�em bol�ce rami�, wyprostowa�em nogi, za�o�y�em jedn� na drug�, rozwa�y�em zapalenie papierosa...
      I nagle zjawi� si�. Na drugim ko�cu pokoju Gerard odwr�ci� si�, powiedzia� kilka s��w, wyci�gn�� r�k�. Chwil� p�niej �ciska� lew� i jedyn� d�o� Benedykta, ostatniego cz�onka naszej grupy.
      Bardzo dobrze. Benedykt zdecydowa� si� przyby�, u�ywaj�c Atutu Gerarda, nie mojego. W ten spos�b da� wyraz uczuciom, jakie wobec mnie �ywi�. Czy demonstrowa� tak�e istnienie sojuszu, maj�cego kontrolowa� moje wp�ywy? W ka�dym razie chcia� mnie sk�oni� do zastanowienia. Czy�by to on nam�wi� Gerarda do tej porannej gimnastyki? Prawdopodobnie.
      Julian wsta�, przeszed� przez pok�j, rzuci� Benedyktowi kilka s��w i u�cisn�� mu r�k�. Poruszenie zwr�ci�o uwag� Llewelli. Odwr�ci�a si�, zamkn�a i od�o�y�a ksi��k�. Potem podesz�a, przywita�a si� z Benedyktem, skin�a g�ow� Julianowi i powiedzia�a co� do Gerarda.
      Zaimprowizowana konferencja stawa�a si� coraz bardziej o�ywiona. Jeszcze raz: bardzo dobrze. I jeszcze. Czworo i troje. I dw�jka po�rodku...
      Czeka�em, przygl�daj�c si� grupce pod �cian�. Wszyscy byli na miejscu. Powinienem si� odezwa�, zacz�� t�umaczy�, po co ich wezwa�em. Mimo to...
      Nie mog�em si� powstrzyma�. Wiedzia�em, �e wszyscy wyczuwamy napi�cie, jakby nagle w pokoju zacz�� dzia�a� pot�ny magnes. Chcia�em zobaczy�, jak u�o�� si� opi�ki.
      Flora spojrza�a na mnie nieznacznie. By�em prawie pewien, �e przez t� noc nie zmieni�a zdania. Chyba �e zdarzy�o si� co� nowego. Nie, z pewno�ci� w�a�ciwie przewidzia�em kolejne posuni�cie.
      I mia�em racj�. Dos�ysza�em, jak m�wi co� o pragnieniu i kieliszku wina. Odwr�ci�a si� i zrobi�a krok w moj� stron�, jakby oczekiwa�a, �e Fiona p�jdzie za ni�. Gdy to nie nast�pi�o, zawaha�a si� na moment, skupi�a na sobie uwag� ca�ego towarzystwa. Zdaj�c sobie z tego spraw� b�yskawicznie podj�a decyzj�, po czym z u�miechem ruszy�a ku mnie.
      - Corwinie - powiedzia�a. - Napi�abym si� troch� wina.
      Nie odwracaj�c g�owy, nie odrywaj�c spojrzenia od tego, co dzia�o si� przede mn�, rzuci�em przez rami�:
      - Randomie, nalej Florze wina, dobrze?
      - Ale� naturalnie - odpar� i us�ysza�em odpowiednie d�wi�ki.
      Flora kiwn�a g�ow�, star�a z twarzy u�miech i mijaj�c mnie przesz�a na prawo.
      Cztery na cztery oraz nasza droga Fiona, p�on�ca jaskrawo na samym �rodku pokoju, �wiadoma i rozbawiona wywieranym wra�eniem, natychmiast odwr�ci�a si� w stron� owalnego lustra w ciemnej, misternie rze�bionej ramie, zawieszonego pomi�dzy rz�dami p�ek. Zacz�a poprawia� jakie� niesforne pasemko w�os�w w okolicy lewej skroni.
      Gdy si� poruszy�a, co� b�ysn�o srebrem i zieleni� w�r�d czerwonej i z�otej geometrii dywanu, tu� obok miejsca, gdzie przed chwil� spoczywa�a jej lewa stopa. Mia�em ochot� r�wnocze�nie zakl�� i roze�mia� si�. Ta wredna dziwka znowu si� z nami bawi�a. Zawsze jednak godna podziwu... Nic si� nie zmieni�o. Bez przekle�stw i bez u�miechu ruszy�em ku niej. Wiedzia�a, �e podejd�.
      Julian jednak zbli�y� si� tak�e, odrobin� szybciej ni� ja. Mo�e sta� troch� bli�ej, a mo�e dostrzeg� to o u�amek sekundy wcze�niej.
      Schyli� si� i podni�s� to delikatnie.
      - Twoja bransoleta, siostro - powiedzia� uprzejmie. - G�upia, porzuci�a twoj� r�k�. Pozw�l, prosz�. Wyci�gn�a r�k�, obdarowuj�c go jednym ze swych spojrze� spod opuszczonych rz�s. Julian zapi�� szmaragdowy �a�cuch. Gdy sko�czy�, uj�� jej d�o� i poci�gn�� do swojego k�ta, sk�d pozostali obserwowali dyskretnie rozw�j wypadk�w, udaj�c zainteresowanie rozmow�.
      - Jestem pewien, �e rozbawi ci� �arcik, kt�ry w�a�nie opowiadamy - zacz��.
      U�miechn�a si� jeszcze bardziej promiennie i uwolni�a r�k�.
      - Dzi�ki, Julianie - odpar�a. - Jestem przekonana, �e b�d� si� �mia�a, gdy go us�ysz�. Obawiam si� jednak, �e jako ostatnia. Jak zwykle - uj�a mnie pod rami�. - Teraz jednak trzeba mi czego� innego - doda�a. - Wina.
      Poszed�em z ni� i poda�em jej kielich. Pi�� do czterech. Julian, kt�ry nie lubi okazywa� uczu�, w chwil� p�niej podj�� decyzj� i ruszy� za nami. Nala� sobie wina, napi� si�, obserwowa� mnie przez dziesi�� czy pi�tna�cie sekund.
      - Chyba wszyscy jeste�my ju� na miejscu - stwierdzi� wreszcie. - Kiedy zamierzasz przyst�pi� do tego, po co nas tu sprowadzi�e�?
      - Nie ma powodu zwleka� - odpar�em. - Skoro kolejka ju� obesz�a.
      Po czym doda�em g�o�niej, kieruj�c si� do grupki na drugim ko�cu pokoju:
      - Czas nadszed�. Usi�d�my wygodnie.
      Pozostali zbli�yli si� wolno. Przyniesiono krzes�a, podano wi�cej wina. Po minucie byli�my gotowi.
      - Dzi�kuj� wszystkim - powiedzia�em, gdy ucich�y ostatnie szmery. - Mam kilka spraw, kt�re chcia�bym om�wi�, i cz�� z nich pewnie nawet om�wi�. Wszystko zale�y od tego, co si� wydarzy. Zaraz przyst�pimy do rzeczy. Randomie, powiedz im to, co opowiedzia�e� mi wczoraj.
      - Jak sobie �yczysz.
      Wycofa�em si� na fotel za biurkiem, a Random zaj�� moje miejsce. Usiad�em wygodnie i znowu wys�ucha�em historii o kontakcie z Brandem i nieudanej wyprawie ratunkowej. By�a to wersja skr�cona, bez wszystkich domys��w i teorii, o kt�rych pami�ta�em jednak, odk�d Random mi o nich powiedzia�. I mimo �e teraz o nich nie wspomnia�, wszyscy byli �wiadomi implikacji jego opowie�ci. Wiedzia�em o tym. W�a�nie dlatego zale�a�o mi, by Random pierwszy zabra� g�os. Gdybym to ja spr�bowa� stre�ci� swoje podejrzenia, uznaliby z pewno�ci�, �e przeprowadzam u�wi�con� tradycj� operacj� odwracania uwagi od w�asnej osoby. A to wywo�a�oby w efekcie seri� metalicznych trzask�w zamykaj�cych si� przede mn� umys��w. Teraz jednak, cho� podejrzewaj�, �e Random m�wi to, co chc�, by powiedziai, wys�uchaj� go i zaczn� si� zastanawia�. Przede wszystkim b�d� rozwa�a� powody, dla kt�rych zwo�a�em to zebranie. B�d� analizowa� przes�anki na wypadek ewentualnego ich potwierdzenia. I rozwa�a�, czy jestem w stanie przedstawi� dowody. Sam si� nad tym zastanawia�em. Czeka�em i my�la�em, obserwuj�c przy tym swoje rodze�stwo, co by�o zaj�ciem bezowocnym, cho� nieuniknionym. Zwyk�a ciekawo�� raczej ni� podejrzliwo�� zmusza�a do studiowania ich twarzy w poszukiwaniu reakcji, grymas�w, wskaz�wek - twarzy, kt�re zna�em lepiej ni� ktokolwiek inny, do granic mych mo�liwo�ci poznania. I, naturalnie, niczego z nich nie wyczyta�em.
      Mo�e to prawda, �e przygl�damy si� ludziom jedynie przy pierwszym spotkaniu; potem, gdy ich rozpoznajemy, m�zg dokonuje czego� w rodzaju odczytu stenograficznego. M�j umys� by� na tyle leniwy, �e by�o to mo�liwe; wykorzystywa� zdolno�� uog�lniania i gdy tylko m�g�, zak�ada� regularno��, by unikn�� jakiejkolwiek pracy.
      Tym razem jednak zmusza�em si�, by patrze�, cho� bez rezultatu. Julian zachowa� sw� mask� lekkiego znudzenia i rozbawienia. Gerard sprawia� wra�enie na przemian zaskoczonego, rozgniewanego i zmartwionego. Benedykt pozosta� ch�odny i nieufny. Llewella smutna i nieprzenikniona, jak zawsze. Deirdre by�a roztargniona, Flora spokojna, Fiona obserwowa�a wszystkich, ze mn� w��cznie, uk�adaj�c pewnie w�asny katalog reakcji. Jedyne, co mog�em stwierdzi� z ca�� pewno�ci�, to �e Random zrobi� wra�enie. Nikt si� nie zdradzi�, widzia�em jednak, jak opada znudzenie, znikaj� stare podejrzenia i rodz� si� nowe. Moje rodze�stwo by�o coraz bardziej zaciekawione. Niemal zafascynowane. Potem zacz�li zadawa� pytania, z pocz�tku kilka, p�niej ruszy�a lawina.
      - Czekajcie - przerwa�em wreszcie. - Dajcie mu sko�czy�. Niech opowie wszystko. Poznacie odpowiedzi na cz�� pyta�. Pozosta�e mog� poczeka�.
      Pokiwali g�owami, burcz�c niech�tnie, a Random m�wi� dalej, a� do samego ko�ca, to jest do naszej walki z tymi stworami w domu Flory. Powiedzia�, �e byli tacy sami jak ten, kt�ry zabi� Caine'a, a Flora to potwierdzi�a. Teraz pad�y pytania. S�ucha�em uwa�nie. Wszystko w porz�dku, p�ki dotyczy�y opowie�ci Randoma. Nie chcia�em jednak dopu�ci� do spekulacji na temat ewentualnego spisku kogo� z nas. Gdyby kto� o tym pomy�la�, natychmiast sta�bym si� g��wnym podejrzanym. A w efekcie pad�yby nieprzyjemne okre�lenia i nastr�j sta�by si� taki, jakiego wola�em unikn��.
      Lepiej najpierw zdoby� dowody, a oskar�enia zachowa� na p�niej; od razu nie si� uda - przygwo�dzi� winnego, a przy okazji wzmocni� w�asn� pozycj�. S�ucha�em wi�c i czeka�em. Kiedy uzna�em, �e kluczowy moment zbli�y� si� niebezpiecznie, zatrzyma�em zegar.
      - Ca�a ta dyskusja, wszystkie spekulacje by�yby zb�dne - stwierdzi�em - gdyby�my znali fakty. Niewykluczone, �e jest spos�b, by je pozna�. Natychmiast. Dlatego w�a�nie tu jeste�cie.
      To za�atwi�o spraw�. Mia�em ich. Skupionych. Gotowych. Mo�e nawet ch�tnych.
      - Proponuj� dotrze� do Branda i sprowadzi� go do domu - o�wiadczy�em. - Zaraz.
      - Jak? - spyta� Benedykt.
      - Przez Atuty.
      - Pr�bowali�my tego - powiedzia� Julian. - Nie da si� z nim skontaktowa�. Nie odpowiada.
      - Nie m�wi�em o zwyk�ym kontakcie - odpar�em. - Prosi�em, �eby�cie wszyscy przynie�li ze sob� pe�ne talie Atut�w. Macie je?
      Przytakn�li.
      - To dobrze. Wyszukajmy kart� Branda. Proponuj�, by�my wszyscy jednocze�nie spr�bowali si� z rum po��czy�.
      - Interesuj�cy pomys� - zauwa�y� Benedykt.
      - Owszem - zgodzi� si� Julian. Wyj�� tali� i przerzuca� karty. - Warto przynajmniej spr�bowa�. Mo�e uzyskamy dodatkow� moc. Nie wiadomo.
      Odnalaz�em Atut Branda. Odczeka�em, a� wszyscy znajd� swoje.
      - Spr�bujemy razem - powiedzia�em. - Wszyscy gotowi?
      Osiem razy tak.
      - Wi�c zaczynamy. Skupcie si�. Ju�.
      Wpatrzy�em si� w swoj� kart�. Brand by� podobny do mnie, ni�szy jednak i szczuplejszy. W�osy mia� jak Fiona. Ubrany w zielony kostium do konnej jazdy, dosiada� bia�ego ogiera. Jak dawno to by�o? - pomy�la�em. Marzyciel, mistyk i poeta, Brand zawsze zdawa� si� rozczarowany lub radosny, cyniczny albo ufny. Jego nastroje nie zna�y chyba stan�w po�rednich. Depresja maniakalna jest okre�leniem zbyt prostym dla z�o�onego charakteru Branda, mo�e jednak pos�u�y� do wskazania kierunku generalnych ocen. Potem mo�na je r�nicowa�. Zale�nie od stanu rzeczy, bywa� tak czaruj�cy, delikatny i lojalny, �e ceni�em go bardziej ni� reszt� rodze�stwa.
      Kiedy indziej jednak stawa� si� do tego stopnia zgorzknia�y, sarkastyczny i wr�cz z�o�liwy, �e unika�em jego towarzystwa w obawie, �e zrobi� mu krzywd�. Podsumowuj�c, kiedy widzia�em go po raz ostatni, by� raczej w tym drugim stanie ducha. Wkr�tce potem dosz�o do starcia z Erykiem, zako�czonego moim wygnaniem a Amberu.
      ...To w�a�nie my�la�em i czu�em, gdy patrzy�em na jego Atut i si�ga�em ku niemu umys�em i wol�, otwieraj�c pust� przestrze�, kt�r� mia� wype�ni�. Obok inni robili to samo, snuj�c w�asne wspomnienia.
      Karta z wolna zasnu�a si� senn� mg�� i nabra�a pozoru g��bi. Nast�pi�o znajome rozmycie kontur�w, a wraz z nim wra�enie ruchu, zwiastuj�ce kontakt z obiektem. Atut sta� si� ch�odniejszy w dotyku, obrazy pop�yn�y, uformowa�y si�, nabra�y wyrazisto�ci, uporczywej, dramatycznej i ca�kowitej.
      Siedzia� w celi. Za plecami mia� kamienn� �cian�. Na pod�odze le�a�a s�oma. Jego r�ka by�a przykuta do wielkiego, �elaznego pier�cienia w murze �a�cuchem do�� d�ugim i wystarczaj�co lu�nym, by pozwala� na pewn� swobod� ruch�w. Brand wykorzystywa� to w�a�nie, le��c w k�cie na stosie s�omy i szmat. W�osy i brod� mia� d�ugie, twarz bardziej wychudzon� ni� kiedykolwiek, a ubranie podarte i brudne. Chyba spa�. Wspomnia�em w�asn� niewol�, smr�d, zimno, n�dzny wikt, wilgo� i ob��d, kt�ry przychodzi� i odchodzi�. Przynajmniej zosta�y mu oczy, gdy� zamruga� i zobaczy�em je wyra�nie, gdy kilkoro z nas wym�wi�o jego imi�. By�y zielone, o t�pym, nieobecnym spojrzeniu.
      Czy�by go odurzyli? A mo�e s�dzi�, �e ma halucynacje?
      Nagle jednak odzyska� �wiadomo��. Wsta�. Wyci�gn�� r�k�.
      - Bracia! - powiedzia�. - Siostry!
      - Id�! - zabrzmia� czyj� krzyk.
      Przewracaj�c krzes�o, Gerard zerwa� si� na nogi. Przebieg� przez pok�j i nie wypuszczaj�c Atutu, porwa� ze �ciany wielki bojowy top�r. Zamar� na chwil�, wpatrzony w kart�, potem wyci�gn�� woln� r�k� i nagle sta� tam �ciskaj�c Branda, kt�ry t� w�a�nie chwil� wybra�, by ponownie straci� przytomno��. Obraz zafalowa� i kontakt zosta� zerwany.
      Zakl��em i poszuka�em w talii Atutu Gerarda. Kilkoro innych robi�o w�a�nie to samo. Znalaz�em i spr�bowa�em po��czenia. Powoli wyst�pi�o rozmycie, wir, formowanie... jest! Gerard rozci�gn�� �a�cuch na �cianie i atakowa� go toporem, ale grube ogniwa opiera�y si� pot�nym ciosom.
      Wreszcie ostrze zgniot�o i naderwa�o kilka z nich, lecz min�y ju� prawie dwie minuty i ha�as zaalarmowa� stra�nik�w.
      Z lewej strony dobieg�y jakie� stukoty - brz�k odsuwanych rygli, zgrzyt zawias�w. Wprawdzie pole widzenia nie si�ga�o tak daleko, ale jednak zdawa�o si� oczywiste, �e kto� otwiera drzwi. Brand uni�s� si� znowu. Gerard nada� ci�� �a�cuch.
      - Gerardzie! Drzwi! - wrzasn��em.
      - Wiem! - krzykn��, owin�� �a�cuch wok� ramienia i szarpn��. Bez skutku. Pu�ci� �a�cuch i ci�� toporem pierwszego z grzebienio-r�kich wojownik�w, kt�ry zaatakowa� go wznosz�c kling�. Napastnik upad�, lecz jego miejsce zaj�� nast�pny, a potem drugi i trzeci. Nadbiegali kolejni.
      Co� zamigota�o nagle i na scenie pojawi� si� Random. Kl�cza� �ciskaj�c praw� d�oni� rami� Branda. W lewej trzyma� krzes�o, wystawiaj�c je przed sob� niby tarcz�, nogami na zewn�trz. Zerwa� si� natychmiast i ruszy� na napastnik�w, u�ywaj�c krzes�a jak tarana. Cofn�li si�. Random zakr�ci� krzes�em w powietrzu. Jeden z tamtych pad� martwy, powalony toporem Gerarda. Drugi odskoczy� w bok, �ciskaj�c kikut ramienia. Random wydoby� sztylet i pozostawi� go w brzuchu najbli�szego, rozbi� krzes�em dwie g�owy i odepchn�� ostatniego z przeciwnik�w. W tym czasie martwe cia�o unios�o si� w g�r�, ociekaj�c krwi�. Ten, kt�ry dosta� sztyletem, opad� na kolana, zaciskaj�c palce na ostrzu. Gerard uj�� �a�cuch obur�cz, zapar� si� nog� o �cian� i zacz�� ci�gn��. Przygarbi� si�, a pot�ne mi�nie nabrzmia�y mu na karku. �a�cuch nie ust�powa�. Dziesi�� sekund, mniej wi�cej. Pi�tna�cie... I nagle p�k�, z brz�kiem i grzechotem. Gerard zatoczy� si�, podpar� wyci�gni�t� r�k�. Spojrza� za siebie, pewnie ha Randoma, w tej chwili poza zasi�giem mojego wzroku. Usatysfakcjonowany, pochyli� si� i wzi�� na r�ce Branda, kt�ry znowu straci� przytomno��. Random, ju� bez krzes�a, wskoczy� w moje pole widzenia i skin�� na nas.
      Si�gn�li�my po nich wszyscy i sekund� p�niej stali ju� w�r�d nas, a my t�oczyli�my si� dooko�a. Podni�s� si� rodzaj okrzyku rado�ci, kiedy usi�owali�my zobaczy� go, dotkn�� naszego brata, zaginionego wiele lat temu, a teraz wyrwanego tajemniczym dr�czycielom. Poza tym, mo�e w ko�cu uzyskamy odpowiedzi na kilka wa�nych pyta�. Tyle �e Brand by� tak s�aby, wychudzony i blady...
      - Cofn�� si�! - hukn�� Gerard. - Trzeba go po�o�y�. Potem mo�ecie si� przygl�da�...
      Martwa cisza. Ka�dy z nas odst�pi� o krok i skamienia�. A to dlatego, �e na ubraniu Branda pojawi�a si� plama, z kt�rej kapa�a krew. A to z kolei dlatego, �e w jego lewym boku, z ty�u, tkwi� sztylet. Jeszcze przed chwil� go tam nie by�o. Jedno z nas spr�bowa�o dosi�gn�� nerek Branda i niewykluczone, �e skutecznie.
      Nieszczeg�lnie pocieszy�a mnie my�l, i� Hipoteza Randoma-Corwina - �e to Jedno Z Nas Stoi Za Tym Wszystkim - nagle zyska�a znacz�ce potwierdzenie. Mia�em do dyspozycji jedynie kr�tk� chwil�, by zarejestrowa� w pami�ci pozycje obecnych. Potem czar prysn��, Gerard przeni�s� Branda na sof�, a my cofn�li�my si�.
      Wszyscy zdawali�my sobie spraw� nie tylko z tego, co zasz�o, ale i z implikacji tego faktu. Gerard u�o�y� Branda na brzuchu i zdar� z niego brudn� koszul�.
      - Przynie�cie czystej wody - poleci�. - I r�czniki.
Trzeba go umy�. Potrzebuj� p�ynu fizjologicznego i glukozy. I czego�, na czym da si� je powiesi�. Przynie�cie pe�ny zestaw medyczny.
      Deirdre i Flora ruszy�y do drzwi.
      - Moje pokoje s� najbli�ej - wtr�ci� Random. - Tam znajdziecie apteczk�. Ale sprz�t do kropl�wek jest tylko w laboratorium na drugim pi�trze. Lepiej p�jd� z wami.
      Wyszli razem.
      Ka�de z nas ko�czy�o kiedy� jakie� kursy medyczne, tutaj i za granic�. Jednak to, czego dowiadywali�my si� w Cieniu, w Amberze trzeba by�o modyfikowa�. Na przyk�ad wi�kszo�� antybiotyk�w tutaj nie dzia�a�a.
      Z drugiej strony, nasze procesy immunologiczne przebiegaj� inaczej ni� u ludzi, kt�rych badali�my, wi�c o wiele trudniej jest nam si� czym� zarazi�. Zara�eni, skuteczniej radzimy sobie z chorob�. Poza tym dysponujemy pot�nym zdolno�ciami regeneracji.
      Wszystko jest tym, czym by� musi dla istot pot�niejszych od swych cieni. A �e jeste�my Amberytami i znamy te fakty od dzieci�stwa, w stosunkowo wczesnym okresie �ycia przechodzimy kurs opieki medycznej. Powodem, pr�cz znanej teorii, �e najlepiej by� w�asnym lekarzem, jest przede wszystkim nasz usprawiedliwiony cz�sto brak zaufania w�a�ciwie do ka�dego, zw�aszcza tych, od kt�rych zale�y nasze �ycie. To po cz�ci t�umaczy, czemu nie odsun��em Gerarda, by samemu zaj�� si� leczeniem Branda, mimo �e w okresie ostatnich kilku pokole� uko�czy�em studia medyczne na cieniu-Ziemi.
      Druga cz�� wyja�nienia to sam Gerard, nie dopuszczaj�cy nikogo do rannego. Julian i Fiona wysun�li si� do przodu, najwyra�niej chc�c mu pom�c, napotkali jednak rami� Gerarda, blokuj�ce drog� niby szlaban na przeje�dzie kolejowym.
      - Nie - o�wiadczy�. - Wiem, �e ja tego nie zrobi�em, i nic wi�cej. Nie pozwol�, by kto� spr�bowa� po raz drugi. Gdyby kt�re� z nas odnios�o tak� ran� - bez innych uszczerbk�w na zdrowiu - powiedzia�bym, �e je�li przetrzyma pierwsze p� godziny, to prze�yje. Brand jednak... w takim stanie... trudno przewidzie�.
      Wr�ci� Random z dziewcz�tami, przynosz�c sprz�t i materia�y opatrunkowe. Gerard umy� Branda, oczy�ci� i zabanda�owa� ran�, pod��czy� kropl�wk�. Potem rozbi� kajdany m�otem i d�utem, kt�re znalaz� Random, okry� Branda pledem i zmierzy� mu puls.
      - Jak? - spyta�em.
      - S�aby - odpar�, przysun�� sobie krzes�o i usiad� obok sofy. - Niech kto� mi poda miecz. I szklank� wina; nie mam nic do picia. Przy okazji, je�li zosta�o jeszcze co� do jedzenia, to jestem g�odny.
      Llewella ruszy�a do kredensu, a Random wzi�� jego miecz ze stojaka przy drzwiach.
      - Masz zamiar tu obozowa�? - spyta�, podaj�c bro�.
      - Owszem.
      - Mo�e by przenie�� Branda do lepszego ��ka?
      - Jest mu dobrze tu, gdzie jest. Sam uznam, kiedy trzeba go przenie��. Tymczasem niech kto� rozpali ogie�. I zgasi par� �wiec.
      - Zaraz si� tym zajm� - kiwn�� g�ow� Random.
      Podni�s� n�, kt�ry Gerard wyj�� z plec�w Branda, w�ski sztylet z osiemnastocentymetrowym ostrzem. U�o�y� go p�asko na d�oni.
      - Czy kto� to rozpoznaje? - zapyta�.
      - Ja nie - odpar� Benedykt.
      - Ani ja - doda� Julian.
      - Nie - o�wiadczy�em.
      Dziewcz�ta pokr�ci�y g�owami.
      Random przyjrza� si� uwa�nie.
      - �atwo go ukry� - w r�kawie, w bucie albo za stanikiem. Ale u�ycie go w ten spos�b wymaga mocnych nerw�w...
      - Desperacji - mrukn��em.
      -...I bardzo dok�adnego przewidywania rozwoju naszej sceny zbiorowej. Niemal natchnienia.
      - Czy m�g� to zrobi� kt�ry� ze stra�nik�w? - spyta� Julian. - Jeszcze w celi?
      - Nie - stwierdzi� Gerard. - �aden z nich nie podszed� dostatecznie blisko.
      - Wydaje si�, �e jest dobrze wywa�ony - zauwa�y�a Deirdre. - Mo�na nim rzuci�.
      - Owszem - przyzna� Random, przesuwaj�c sztylet palcami. - Tyle �e nie mieli miejsca ani mo�liwo�ci. Jestem pewien.
      Wr�ci�a Llewella z tac�, na kt�rej le�a�y plastry krojonego mi�sa, p� bochenka chleba, butelka wina i kielich. Uprz�tn��em ma�y stolik i ustawi�em go obok krzes�a Gerarda.
      - Ale dlaczego? - spyta�a Llewella, stawiaj�c tac�. - Pozostajemy tylko my. Czemu kto� z nas mia�by to zrobi�?
      Westchn��em.
      - Jak my�lisz, czyim by� wi�niem?
      - Kogo� z nas?
      - Je�li co� wiedzia� i kto� nie chcia�, by to wyjawi�... kto by� got�w narazi� si� na ryzyko, byle tylko zmusi� go do milczenia? Zapewne z tego samego powodu umie�ci� go tam, gdzie go znale�li�my, i tam trzyma�.
      Zmarszczy�a brwi.
      - Przecie� to nie ma sensu. Dlaczego po prostu nie zabi� go i nie zako�czy� ca�ej sprawy?
      - Widocznie chcia� go jako� wykorzysta� - odpar�em. - Jest tylko jeden cz�owiek, kt�ry zna odpowiedzi na twoje pytania. Zapytaj, kiedy go spotkasz.
      - Albo j� - doda� Julian. - Wiesz, siostro, zupe�nie nagle zrobi�a� si� strasznie naiwna.
      Llewella zmierzy�a go spojrzeniem oczu przypominaj�cych par� g�r lodowych, w kt�rych odbija�y si� mro�ne niesko�czono�ci.
      - O ile sobie przypominam - stwierdzi�a - wsta�e�, kiedy si� pojawili, przesun��e� si� na lewo, obszed�e� biurko i stan��e� po prawej stronie Gerarda. Wychyli�e� si� bardzo daleko do przodu. Wydaje mi si�, �e nie by�o wida� twoich r�k.
      - O ile ja sobie przypominam - odparowa� - ty tak�e by�a� dostatecznie blisko, po lewej stronie Gerarda. I tak�e si� wychyla�a�.
      - Musia�abym uderzy� lew� r�k�. A jestem prawor�czna.
      - By� mo�e temu w�a�nie zawdzi�cza t� resztk� �ycia, jaka w nim jeszcze pozosta�a.
      - Jako� bardzo ci zale�y, by wykaza�, �e to kto� inny, Julianie.
      - Dosy�! - zawo�a�em. - Dosy�! Przesta�my si� oskar�a�. Tylko jeden z nas tego dokona�, a to nie jest spos�b, by go wykurzy�.
      - Albo j� - doda� Julian.
      Gerard wsta�, wyprostowa� si� i spojrza� gro�nie.
      - Nie pozwol� niepokoi� mojego pacjenta - o�wiadczy�. - Random, mia�e� chyba rozpali� w kominku.
      - Ju� rozpalam - odpar� Random, bior�c si� do dzie�a.
      - Przenie�my si� do salonu obok g��wnego hallu - zaproponowa�em. - Gerardzie, postawi� przy drzwiach dw�ch stra�nik�w.
      - Nie. Wol�, �eby ten, kto zechce spr�bowa� jeszcze raz, dotar� a� tutaj. Rano wr�cz� ci jego g�ow�. Przytakn��em.
      - Gdyby� czego� potrzebowa�, mo�esz zadzwoni�. Albo wezwij nas przez Atut. Je�li si� czego� dowiemy, opowiemy ci rano.
      Gerard usiad�, burkn�� co� i wzi�� si� do jedzenia. Random rozpali� ogie� i wygasi� cz�� �wiec. Koc Branda unosi� si� i opada�, wolno, lecz regularnie. Wyszli�my wszyscy, kieruj�c si� w stron� schod�w i pozostawiaj�c ich samych w blasku ognia i trzasku p�omieni, w�r�d rurek i butelek.